Jan ɪ Olbracht got a new avatar жыж3 days ago
Jan ɪ Olbracht shared a video5 days ago
Jan ɪ Olbracht shared a video7 days ago
Jan ɪ Olbracht 8 days ago
Dzień dobry Jan Piński i Tomek Szwejgiert wieloletni współpracownik wywiadu później centralnego biura antykorupcyjnego
Jan ɪ Olbracht got a new avatar Bronisław Komorowski8 days ago
Bio
Po udanym napadzie na bank w Saint Denis, Dutch i Micah, zadowoleni z sukcesu, postanowili uczcić zwycięstwo w miejscowym saloonie. Siedzieli przy stole, zamawiając niekończące się ilości jedzenia – steki, smażone ziemniaki, ciasta, a nawet całą półkę batonów czekoladowych. Każdy kęs wydawał się jeszcze bardziej smakowity niż poprzedni. Jedli, jakby świat miał się skończyć jutro. A może, po ostatnich wydarzeniach, naprawdę tak czuli?
Reszta gangu nie zwracała na to większej uwagi. Arthur, Hosea i Josiah byli zajęci planowaniem kolejnych kroków, badając sytuację w obozie i pilnując, by wszystko było pod kontrolą. Jednak, gdy nadszedł czas powrotu, zauważyli, że Dutch i Micah wciąż nie wrócili do obozu. W końcu postanowili ich poszukać.
Dotarli do hotelu, w którym Dutch i Micah wynajęli pokój. Drzwi były zamknięte na głucho. Arthur zapukał kilka razy, lecz odpowiedziała mu jedynie cisza. Po chwili zdecydował, że nie ma czasu na subtelności – zaczął kopać w drzwi. Po kilku mocniejszych uderzeniach, drzwi w końcu pękły z głośnym trzaskiem.
Widok, który zobaczyli, był absurdalny. Dutch i Micah siedzieli naprzeciw siebie, napchani do granic możliwości, jak dwa nadmuchane balony. Resztki jedzenia były rozrzucone wokół nich – porozrzucane opakowania po batonikach, talerze z resztkami steków i sterty niezjedzonego jeszcze jedzenia. Obaj wyglądali, jakby ledwo mogli oddychać, a ich brzuchy napinały się pod ciężarem całego tego obżarstwa.
W tym momencie do pokoju wszedł Strauss, z typowym dla siebie wyrazem twarzy pełnym wyższości. Rozejrzał się wokół, a jego oczy rozbłysły ironiczną satysfakcją.
– No no... widzę, że się powodzi, – powiedział z nutą kpiny. – Trzeba więcej jeść, moi drodzy. Więcej!
Arthur spojrzał na niego z irytacją, nie mogąc uwierzyć w to, co usłyszał.
– Wynocha, ostry potworze, – warknął. Strauss, słysząc ton Arthura, szybko się wycofał, wiedząc, że nie warto prowokować go w takim momencie.
Arthur, Hosea i Josiah próbowali wyciągnąć Dutcha i Micah z pokoju, ale okazało się to nie lada wyzwaniem. Obaj byli tak napompowani jedzeniem, że dosłownie nie mieścili się w drzwiach. Po chwili desperacji Hosea wpadł na pomysł. Przepchnęli ich na balkon, a potem – z wielkim trudem – spuścili ich na dół. Konie, które czekały przed hotelem, były nie mniej zszokowane niż cała reszta.
Po długiej walce, udało im się w końcu załadować Dutcha i Micah na konie i ruszyć w drogę powrotną do obozu. Gdy dotarli na miejsce, Hosea, z charakterystycznym dla siebie spokojem, podsumował sytuację:
– Teraz to będą musieli ćwiczyć i jeść mniej, – powiedział, kręcąc głową.
Nagle, znikąd, pojawił się Jack, z batonikami czekoladowymi w dłoniach, nieświadomy tego, co się przed chwilą wydarzyło. Zaczął zajadać się z entuzjazmem, patrząc na Dutcha i Micah z fascynacją.
Obaj, choć zmęczeni, wiedzieli, że przed nimi ciężkie dni. Ćwiczenia, o których mówił Hosea, nie będą łatwe. Jednak wiedzieli jedno – od teraz z batonami będą ostrożniejsi.
Cały obóz wiedział, że Dutch i Micah niełatwo zapomną ten dzień... ale przynajmniej nikt nigdy nie zapomniał, jak wyglądali, gdy wrócili z Saint Denis.
Reszta gangu nie zwracała na to większej uwagi. Arthur, Hosea i Josiah byli zajęci planowaniem kolejnych kroków, badając sytuację w obozie i pilnując, by wszystko było pod kontrolą. Jednak, gdy nadszedł czas powrotu, zauważyli, że Dutch i Micah wciąż nie wrócili do obozu. W końcu postanowili ich poszukać.
Dotarli do hotelu, w którym Dutch i Micah wynajęli pokój. Drzwi były zamknięte na głucho. Arthur zapukał kilka razy, lecz odpowiedziała mu jedynie cisza. Po chwili zdecydował, że nie ma czasu na subtelności – zaczął kopać w drzwi. Po kilku mocniejszych uderzeniach, drzwi w końcu pękły z głośnym trzaskiem.
Widok, który zobaczyli, był absurdalny. Dutch i Micah siedzieli naprzeciw siebie, napchani do granic możliwości, jak dwa nadmuchane balony. Resztki jedzenia były rozrzucone wokół nich – porozrzucane opakowania po batonikach, talerze z resztkami steków i sterty niezjedzonego jeszcze jedzenia. Obaj wyglądali, jakby ledwo mogli oddychać, a ich brzuchy napinały się pod ciężarem całego tego obżarstwa.
W tym momencie do pokoju wszedł Strauss, z typowym dla siebie wyrazem twarzy pełnym wyższości. Rozejrzał się wokół, a jego oczy rozbłysły ironiczną satysfakcją.
– No no... widzę, że się powodzi, – powiedział z nutą kpiny. – Trzeba więcej jeść, moi drodzy. Więcej!
Arthur spojrzał na niego z irytacją, nie mogąc uwierzyć w to, co usłyszał.
– Wynocha, ostry potworze, – warknął. Strauss, słysząc ton Arthura, szybko się wycofał, wiedząc, że nie warto prowokować go w takim momencie.
Arthur, Hosea i Josiah próbowali wyciągnąć Dutcha i Micah z pokoju, ale okazało się to nie lada wyzwaniem. Obaj byli tak napompowani jedzeniem, że dosłownie nie mieścili się w drzwiach. Po chwili desperacji Hosea wpadł na pomysł. Przepchnęli ich na balkon, a potem – z wielkim trudem – spuścili ich na dół. Konie, które czekały przed hotelem, były nie mniej zszokowane niż cała reszta.
Po długiej walce, udało im się w końcu załadować Dutcha i Micah na konie i ruszyć w drogę powrotną do obozu. Gdy dotarli na miejsce, Hosea, z charakterystycznym dla siebie spokojem, podsumował sytuację:
– Teraz to będą musieli ćwiczyć i jeść mniej, – powiedział, kręcąc głową.
Nagle, znikąd, pojawił się Jack, z batonikami czekoladowymi w dłoniach, nieświadomy tego, co się przed chwilą wydarzyło. Zaczął zajadać się z entuzjazmem, patrząc na Dutcha i Micah z fascynacją.
Obaj, choć zmęczeni, wiedzieli, że przed nimi ciężkie dni. Ćwiczenia, o których mówił Hosea, nie będą łatwe. Jednak wiedzieli jedno – od teraz z batonami będą ostrożniejsi.
Cały obóz wiedział, że Dutch i Micah niełatwo zapomną ten dzień... ale przynajmniej nikt nigdy nie zapomniał, jak wyglądali, gdy wrócili z Saint Denis.